Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z życia wzięte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z życia wzięte. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 lipca 2011

Diagnoza znana

Długo nic nie pisałam, bo nie wiem od czego zacząć...

Może od tego, że 2 maja się bardzo źle poczułam tj. kręciło mi się w głowie i zaczęłam rzygać na potęgę. Byłam przekonana, że to zatrucie pokarmowe. 3 maja postanowiłam pojechać do szpitala, co by mi powiedzieli o co kaman. Lekarz powiedział, że "żadna powazna choroba się tak nie zaczyna". W międzyczasie przestałam wymiotować, bo mili panowie z pogotowia podali mi zastrzyk. Tak więc moja wizyta w szpitalu została zakończona odesłaniem mnie do domu z informacją, żebym w razie czego skonsultowała się z neurologiem (tak mi powiedział neurolog, któremu zależało, żeby jak najszybciej wystawić mnie za drzwi). Jeszcze trochę to jego czubek buta pocałował by moją dupę.

Minęło znowu kilka dni, a poprawy ani widu, ani słychu. Dodatkowo zaczęłam widzieć podwójnie, aż musiałam kilkakrotnie pytać się P. czy nie robię zeza.

W końcu udało mi się trafić na lekarza, który się mną przejął i wysłał na rezonans głowy. Oczywiście w niepaństwowej placówce, bo gdzie indziej mnie olewali. Okazało się, że obrazek nie pokazał niczego dobrego. :(

Diagnoza: SM, sclerosis multiplex czyli po Polsku stwardnienie rozsiane.

No i teraz mam doła, bo ilość informacji na temat jest tak chaotyczna i jedyne co się powtarza, to brak miejsc na leczenie :(

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Czego nie wolno nie lubić

Raz na jakiś czas pojawiają się mody na pewne zachowania.
Ostatnim trendem jest to, żeby mówić, iż nie ma się w domu telewizora. Albo jeszcze lepiej, że sie go ma (najnowszy płaski model plazmy trójwymiarowej HD), ale się nie ogląda, gdyż oglądanie telewizji jest rozrywką dla tłuszczy. Jak ktoś się chce wylansować to mówi, że zamiast oglądania tiwi spędza czas na ćwiczeniu umysłu bądź przygotowaniach do testów MENSY.
Kolejnym trendem jest wychwalać polskie kino. Jeżeli już Polacy nakręcili jakiś film, który nie wkurza widza po napisach początkowych, to należy go uznać za ARCYDZIEŁO, dać pięć gwiazdek. No potem to już nikomu nie wypada powiedzieć, że taki "Rewers" czy "Dom Zły" to bardzo słabe filmy. Nie wspominająć już o marnym "Katyniu", zrozumiałym jedynie dla naszego martyrologicznego narodu. Podobnie sprawa się ma z "Wszystko co Kocham" - fabuła nijaka i zrozumiała tylko dla tych co mieli najnowszą historię Polski na lekcjach. Skąd pomysł, żeby go wystawiać do Oscarów?
Aha i jeszcze nie wypada nie lubić reklam z Mumio. To nic, że 80% społeczeństwa uważa je za kretyńskie. Ważne, że to zrobił znany reżyser i można zrobić otoczkę artystyczną.
Jak coś jest tandetne i nieciekawe to można powiedzieć, że to projekt mocno artystowski - stąd pewnie popularność Marii Peszek.

piątek, 2 lipca 2010

Apel do narodu

Zobaczyłam dziesiejsze sondaże i się mocno przestraszyłam!

Apeluję zatem do narodu, aby nie wybierali po raz kolejny człowieka z chorymi ambicjami, tego który deklaruje głęboką wiarę, ale szczerze nienawidzi bliźniego.
Ja juz nie mówię, żeby głosować za jego oponentem, ja po prostu apeluję, żeby głosować przeciwko Kaczyńskiemu.

czwartek, 24 czerwca 2010

Glupia empatia

Głupie to, ale często jest mi za kogoś żal.
Zacznijmy od tego, że wczoraj w parku obok mojego osiedla była duża impreza pt. Noc Świętojańska Warsa i Sawy. Niestety wiało i kropiło, więc nie poszłam, pomimo szczerych chęci. Małż poszedł z oseskiem na spacer i powiedział, że było mało ludzi na tej imprezie. Pomyślicie pewnie, jaki to ma związek z moją osobą? Otóż jak tylko się o tym dowiedziałam, to zrobiło mi się przykro, że organizatorzy imprezy postarali się, nagłośnili sprawę, zaprosili zespoły, kabarety, a tu nikt nie przyszedł. No może nie tyle nikt, co bardzo mało luda. Pewnie w przyszłym roku takiej imprezy nie zorganizują.

Po raz drugi moja głupia empatia dała znać, gdy zobaczyłam w telewizji sztab wyborczy Kornela Morawieckiego. Otóż w sztabie oprocz kandydata było może z 5 osób (pewnie rodzina). I znowu wyszło krzywo, bo mi się zrobiło bardzo żal, że w takich sztabach gajowego, czy hodowcy zwierząt futerkowych dzikie tłumy, a u dziadka Kornelcia 5 (sic!) osób. Na moją na głos wypowiedzianą opinię, małż odpowiedział, że mógł facet nie kandydować. No mógł, ale z drugiej strony to skądś te 100 tysięcy (czy ile tam było potrzeba) podpisów wytrzasnął, a jak przyszło co do czego to został sam. Pewnie nawet ci klakierzy, co go namawiali do kandydowania się gdzieś pochowali. Oni zniknęli, a mnie było przykro.
Chore to.

czwartek, 10 czerwca 2010

O co chodzi matkom?

Pisze do mnie pewna koleżanka, której dziecko urodziło się dwa miesiące przed moim. Co jakiś czas wymieniamy się informacjami. Co robić gdy dziecko nie chce jeść, a co robić gdy nie chce spać i takie tam podobne fascynujące tematy. ;)
Ostatnio przysłała mi zdjecia swojego dziecka i poprosiła mnie, abym przysłała zdjęcia swojego. Oczywiście jej mała jest bardzo fajna i ładny z niej dzieciaczek. Napisałam jej to w odpowiedzi wysyłając zdjęcia mojego dzieciaka. No i tu jest problem, bo w odpowiedzi dostałam szereg uwag odnośnie mojej córki.
Po pierwsze: czemu dziecko ma nie obcięte paznokcie (ma obcięte, tyle że odrosły)
Po drugie: czemu dziecko ma na sobie za duże ubranko (żeby nie drażnić naczyniaka, który ma na ciele).
Oczywiście nie zamierzam się koleżance z niczego tłumaczyć, bo nie muszę. I tu jest problem z matkami. Czy one ZAWSZE muszą robić zawody które dziecko ładniejsze i które się szybciej rozwija? Przecież dla każdej matki to jej dziecko będzie najładniejsze i najzdolniejsze. Trzeba to zaakceptować i nie męczyć tematu.

czwartek, 13 maja 2010

Och jak mi siebie szkoda ;)

Dziś post użalający. Lubię się tak nad sobą poużalać raz na miesiąc.

A to, że Bunia jest ponoć skrzywiona w chińskie es i mi pani dochtórka zapowiedziała, że mam z nią popierdalać na rehabilitacje. Myślicie, że to dlatego, że śpiewałam jej często 'Rehab' Amy Winehouse?
Na dodatek ta sama pani dochtórka z oburzeniem przyjęła fakt, że chcę wrócić niedługo do pracy. Zapytała oskarżycielskim tonem ' TO kto będzie jeździł z dzieckiem na rehabilitację?!'. Potem dodała, że rehabilitacja nie zamknie się NA PEWNO w kwocie 1000 złotych.

Druga sprawa, że dzieciak nie chce znać butelki i nie wiem jak ją będą karmili podczas mojego pobytu w pracy. Skubany osesek chce pozostać oseskiem do końca życia. ale nie przechytrzy mnie. Nie dam się!

No i kolejna rzecz. Planuję wrócić do pracy na 6 godzin dziennie, a co za tym idzie mniej zarabiać. Małż na tego niusa zadał mi pytanie, czy naprawdę chcę zarabiać mniej. TAK PRAGNĘ TEGO Z CAŁEGO SERCA!!

poniedziałek, 10 maja 2010

Co tam słychać u mamusi

Telefon do domu rodzinnego. Odbiera matka.
- Hej! I co tam u Was słychać?
- A nic ciekawego.
- Dobrze się czujesz?
- Ja?
- A kto?! Ja?!
- Ja dobrze, ale Zdzisiek Dzienniak umarł
- A ja nie wiem kto to jest.
- No jak nie wiesz? Przecież go znasz. To ten co się tu kręcił.
- Nie mamo, nie znam.
- No jak nie znasz, jak znasz. To ten co tu ostatnio u nas w śmietniku grzebał
- Nie to na pewno nie znam.
- Do czego to doszło, żeby to człowiek na starość po śmietnikach grzebał. Ojciec to mówi, że i my tak skończymy z naszą emeryturą. No ale naprawdę nie kojarzysz Ździśka?
- Nie mamo nie kojarzę.
- To jest tej Teresy co ma trzy córki męża brata teść. (Tu się zawiesiłam, bo przetwarzam konotacje rodzinne).
- Nie mamo nie znam Ździśka!!
- Tak mi mówisz na złość, a na pewno znasz, tylko jak zwykle tak mówisz, bo jesteś złośliwa!

piątek, 30 kwietnia 2010

O Instytucie i nie tylko

No i znowu służba zdrowia.
Trzeba było z Bunią iść do onkologa. Śmierdząca pani pediatra dała nam skierowanie do Instytutu Matki i Dziecka. Po dwóch miesiącach doczekaliśmy się wizyty.
Odstałam swoje w kolejce, a P. poszedł zająć miesce w korytarzu o szerokości 1,5 metra, który to okupowała już setka dzieci, a do każdego dziecka dwójka rodziców. Nie było tam wentylacji, a że niektórzy obywatele nie mają zwyczaju kąpać się częściej niż raz w tygodniu, to fiołkami nie pachniało. Był nawet jeden pan w stanie wskazującym :) Dzięki niemu już po chwili przez ten zaduch wszyscy czuli się jak na bani. 
Ale wracajmy do kolejki... Bunia została zarejestrowana! Kazano nam się zgłosić do pokoju numer 10, tzn. czekać aż nas poproszą.  Kilka dni wcześniej Pani przez telefon powiedziała, że będzie przyjęta w pokoju numer 11. Czekałam zatem między tymi dwoma pokojami nasłuchując, czy aby nas nie wyczytują. I tak minęły dwie godziny. W końcu się wkurzyłam i postanowiłam działać i zglosić, że już wszyscy przeszli, a my dalej czekamy. P. twierdził, że to nienajlepszy pomysł, bo piguła nam nic nie powie. Na szczęście było inaczej i okazało się, że karty Buni nie ma ani w pokoju 10, ani w pokoju 11. A tak w ogóle to nasza kolejka już przeszła, bo czytali nas dawno temu w pokoju 31!

czwartek, 22 kwietnia 2010

Wiosenne postanowienia

Postanowiłam się trochę odchudzić po tej ciąży. Póki co wpieprzam ile wlezie, ale na szczęście waga zjeżdża w dół. To pewnie dlatego, że jestem matką oseska, który to bierze sobie co mu tam potrzeba. Poza tym nie wpierdalam kolacji. To też coś znaczy. Inna sprawa, że ja kolacji to już od paru lat nie jadam (chyba, że znajomi przyjdą, albo gdzieś pójdę).
Zaczęłam też ćwiczyć. Wprawdzie nie intensywnie, tylko co drugi dzień taki krótki zestaw ćwiczeń.
Co roku mam takie wiosenne postanowienia, a potem nic z tego nie wychodzi. Mam nadzieję, że tym razem będzie lepiej ;) Czytając blog hanki-pisanki, jest to naprawdę ciężka sprawa, gdyż jedzenie to moje hobby.

Takie postanowienia przypomniały mi o tym jak to kiedyś dwóch moich kolegów postanowiło rzucić palenie. Aby odnieść sukces, jeden drugiego miał pilnować. Założyli się, że jak któryś z nich się złamie to drugiemu coś kupi. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że ostatecznie stanęło na tym, że przegrany kupi wygranemu karton Sobieskich.

środa, 21 kwietnia 2010

Kwintesencja żałoby

... made in Polsza.
Jak wam się podoba? Tytuł periodyka adekwatny do treści?

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Coraz bliżej Iranu

Mogę tylko napisać, że żyjemy w państwie wyznaniowym. Pogrzeb prezydenta poprzedzony był pięcioma mszami pożegnalnymi w ciągu dwóch dni.
Przeginka.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

wtorek, 6 kwietnia 2010

Polska Be - odc. 2

A propos Polski B, znajomy opowiadał mi taką oto historię:

Osoby występujące:

Dziadek
Pan Doktor

Pewnego dnia jednego starszego pana rozbolała noga. Chodził tak z tą obolałą kończyną przez dłuższy czas, po czym uznał, że tak się nie da i zapisał się do lekarza.
Pan Doktor: - Proszę pokazać nogę
Dziadek wyciąga świeżą umytą nóżkę z gumiaka
Pan Doktor: - No jakiś obrzęk jest. Proszę pokazać drugą, muszę mieć porównanie.
Dziadek: - Ależ panie doktorze! Ja się przygotowałem na badanie tylko tej jednej nogi!

poniedziałek, 29 marca 2010

Polska Be

Polska to nie tylko kraj, jaki pokazują w serialach z czystymi oknami, ładnymi samochodami, szczęśliwymi rodzinami i rumianymi buźkami malych dzieci. To również (a może i przede wszystkim) kraj bohaterów popularnego niegdyś serialu dokumentalnego "Ballada o lekkim zabarwieniu erotycznym". Szanowni czytelnicy mogą tego nie wiedzieć, gdyż widzą pewnie tylko klawiaturę i główną stronę "Pudelka", a w przypływie ambicji "Gazeta.pl". Ewentualnie sobie przypominaja sobie o Polsce B, gdy w tiwi natrafiają na Ekspress Reporterów czy inne sensacje XXI wieku. A tymczasem takie dziwne życie wiedze zapewne 80 % społeczeństwa z dala od wielkich miast.

Ale od początku...
W miniony weekend byłam w odwiedzinach u rodziców. Jakież było moje zdumienie (chwilowe), kiedy to matka oświeciła mnie, że moja ciotka jest po raz kolejny w ciąży. Nie było to dla mnie specjalnym zaskoczeniem, gdyż owa ciotka jest w ciąży średnio raz na 2 lata (na tyle pozwala zdrowy organizm). Jest to jej już 9. ciąża i wychodzi na to, że tego procesu nic nie zatrzyma, gdyż kobieta ta nie zamierza w żaden sposób zacząć kontrolować narodzin kolejnych członków rodziny. Ojciec tej wesołej gromadki też nie jest zbytnio bystry. Oczywiście rodzina ta nie dysponuje żadnymi sensownymi dochodami (jedna słaba pensja oraz zasiłki socjalne na kolejne dzieci). Mieszkają w domu, gdzie do dyspozycji mają jeden pokój z kuchnią. W ten sposób dzieci mogą się przyglądać jak powstają kolejne dzieci ;)
Mimo, iż jestem z nimi spokrewniona, odczuwam wściekłość na tę głupotę. Ludzie ci nie są w stanie niczego zaoferować swoim dzieciom. Nie interesują się nimi zbytnio, a na wszelkie próby uświadomienia reagują agresją. Jakiś czas temu moja matka postanowiła zrobić szkolenie z metod naturalnego planowania rodziny, a raczej z braku skuteczności tych metod. Zapytani o dalsze plany macierzyńskie kazali się 'odpierdolić'. Problem w tym, że potem oczekują pomocy ze strony całej rodziny, bo przecież dzieciom nikt nie odmówi.
Najlepszym przykładem stanu rozwoju intelektualnego jest dialog pomiędzy moją matką a rzeczoną ciotką.
- M., a ty w ciąży to znowu nie jesteś? - pyta moja matka
- Nie. Skąd Ci to przyszło do głowy?
- A, bo przytyłaś jakoś. (nie wiem jak matka to zauważyła, bo ciotka jest gruba na maxa) A okres to kiedy miałaś? - matka drąży temat dalej
- Będzie jakoś z pięć miesięcy temu.

Zgadnijcie co było za cztery miesiące...

poniedziałek, 22 marca 2010

Zasrany obowiązek ;)

Na starość będę zrzędzącą dziadówą. Mam już pierwsze objawy.

Objaw pierwszy: ganianie po parku gównażerii za wyrzucanie śmieci w trawę (albo coś, co zaraz będzie trawą jak tylko słońce się pojawi), w sytuacji gdzie co 5 metrów stoi kosz na śmieci. Ostatnio podniosłam taki śmieć i dogoniłam delikwentkę, a potem zmusiłam do osobistego wrzucenia do kosza!! Nawet obiecała poprawę :)

Objaw drugi: zwracanie uwagi właścicielom psów, aby sprzątali po swoich pupilach. Z psiarzami jest gorzej niż ze śmieciarzami. Nie uważają, że zgarnięcie kupy to ich obowiązek. Za nic nie potrafią zrozumieć, że to ich (że tak powiem) zasrany obowiązek! A potem ja przywożę na kółkach wózka cały ten shit do chałupy.

Jedna pani uargumentowała moją uwagę tym, że przecież dookoła jest pełno innych śmieci, które się nie utylizują i w zw. z tym nie będzie po psie sprzątała i basta! Jeżeli macie pomysł co takiej delikwentce odpowiedzieć to proszę o podpowiedź.

Dobry znak jest taki, że spotkałam też kilka osób, które po swoich pieskach posprzątały i korona im z głowy nie spadła. Widocznie kupa ich psa się "nie utylizuje".

poniedziałek, 15 marca 2010

Mina zrzedła

Znowu konflikt z małżem (coś ostatnio za często). Mniejsza o to kto ma rację, bo każde z nas uważa, że jego racja jest ważniejsza - jak w "Dniu Świra". Inna rzecz mnie nurtuje bardziej, nasze stanowiska podczas sprzeczek.
Z jednej strony P. W trakcie kłótni  zachowuje się jakby mu wszystko wisiało. Nie patrzy na mnie, tylko w telewizor. Tezy wygłasza ze stoickim spokojem. Od czasu do czasu jego twarz zdobi tylko cyniczny uśmiech. Wtedy wygłasza jakąś złośliwość, o której wie, że mnie dotknie.
Z drugiej strony ja. Gotująca się z emocji. Od załamania po wściekłość. Krzyczę i rzucam przedmiotami. Małż mówi, że zachowuję się jak psychopatka-furiatka.
Ciekawe co to oznacza? Czy ja jestem za bardzo zaangażowana? A może nie ma w nim emocji? Po nim wszystko spływa jak po kaczce. Czyżby coś się wypaliło z jego strony?
Po awanturze on sobie poszedł spać, a ja przepłakałam pół nocy.

wtorek, 9 marca 2010

O reklamach...

Dziś będzie o dzieciach w reklamach.
Ja rozumiem, że dzieci oferują produkty dla dzieci, ale po kiego grzyba wrzucać nieletnich do reklamy bulionu czy też papieru toaletowego? A zapach do kibla? Czy to też domena dzieci? Czy to one kupują te produkty? Na dodatek nie można zrozumieć co też ten gówniarz gada, bo dykcja u takiego jaka jest wszyscy wiedzą. Jak słyszę dzieciaka wykrzykującego "a kto zgadje jaka dziś supa?" to mnie szlag trafia.
Czekam tylko na reklamę Niquitin albo Żubra z udziałem naszych milusińskich.

poniedziałek, 8 marca 2010

Nieporządek publiczny

Nosz kurwa!! Czy w przychodni zdrowia nie można umawiać ludzi na konkretną godzinę?!
Chciałam iść z Bunią na przegląd (wizytę kontrolną po 3. tygodniach). Baba mówi mi zblazowanym tonem, że mamy przyjść o godzinie 10.30, ale skoro pierwszy raz to mamy być wcześniej, bo dzieciaka trzeba zarejestrować.
Przyjechałam więc na 10.00. Baby wykonały swoją rejestracyjną pracę w 3 minuty, nie paliły się zresztą do tej roboty. Osesek zważony, zmierzony. Poszłam zatem do poczekalni i pytam się ludzi na którą są umówieni do dr W. Wszyscy na 10.30. Kto pierwszy ten lepszy. No to ja się pytam proszęjawas czy nie lepiej zapisać ludzi na konkretną godzinę? Nie! Bo to państwowa służba zdrowia i muszą coś wymyślić, żeby wkurwić.
dr W spóźniła się pół godziny (słowem nie zająknęła się na temat przeprosin za spóźnienie). W tak zwanym między czasie, osesek się obudził i darł, że chce jeść, a mnie ani w głowie wywalanie cyca na forum publicznym. Zamiast szybko załatwić sprawę to spędziłam tam 1,5 godziny, z czego wizyta trwała 15 min.
p.s.
dr W. wyglądała jakby spierdoliła z wysypiska, albo z kloszardziej imprezy.
p.s. 2
dzięki Bogu, że Bunia klocka nie postawiła, bo to jeszcze byłby dodatkowy kłopot :(

czwartek, 4 marca 2010

Prison Break

Pojawiły się u mnie pierwsze objawy deprechy związanej z siedzeniem w domu. Moja rozrywka to spacer w pobliskim parku. Gdy nie ma dużego mrozu to nawet i z półtorej godziny trwa. Każdy dzień taki sam - czyli w domowym więzieniu. Na dodatek z małżem konflikt.
- Chciałabym iść na 2 godziny do sklepu - mówię do P.
- OK - po czym dodaje - Pójdę dziś zapłacić rachunki i zanieść matce rzeczy do prasowania, a ty może się prześpij.
No to idę spać skoro tak. Budzę się za godzinę, a tu rachunki nie zapłacone, rzeczy do prasowania nie zaniesione.

A mogłam iść w tym czasie zrobić coś konstruktywnego. Na przykład wyjść z domu bez dziecka :(  Małż powiedział, że jakbym chciała to bym coś porobiła. A tak to pewnie mi się nie chciało!

wtorek, 2 marca 2010

Spotkanie

Jak obiecałam tak też czynię.
Parę lat temu organizowałam spotkanie ze światowej sławy filozofem i ekonomistą. Aula, w której odbywało się całe szoł pękała w szwach. Zainteresowanie przekroczyło moje wszelkie wyobrażenia.
Kiedy tak czekałam wraz z tłuszczą na przybycie gościa honorowego, w tłumie pojawiła sie osoba nie pasująca do całej reszty słuchaczy wystrojonych w garnitury i nowe wypastowane buty.
Pod ścianą stał sobie dziadek w starym prochowcu. W ręku dzierżył mały pamiętający czasy PRL-u notesik. Wiecie o jaki chodzi? Taki, co to miał napis BRULION na okładce i był robiony z makulatury (albo ze szmat - cholera wie). Kiedyś wszystkie zeszyty uczniowskie wyglądały tak samo. Okładka była w kolorze brudnioniebieskim, brudnozielonym lub szaro-brązowym. Zajęta usadzaniem ludzi na swoich miejscach nie zaprzątałam sobie głowy dzieduszką, bo co też on może chcieć w takim miejscu. Kiedy jednak wszyscy siedzieli już grzecznie w auli, czekając na punkt kulminacyjny programu, znowu zwróciłam uwagę na starszego pana. Z wyglądu podobny do Kapuścińskiego, ale jakiś taki mały i cichy. Zachowywał się tak jakby się gdzieś chciał przyczaić. Zaczęłam się bezczelnie gapić. On to czy nie on? Długo biłam się z myślami, aż w końcu postanowiłam zagaić. Jeżeli to nie on, to najwyżej odeśle mnie jak wariatkę.
- Przepraszam czy pan Kapuściński?
- Tak :)
- Bardzo lubię Pana książki. Zwłaszcza "Imperium" i "Cesarza".
- Bardzo mi miło
- A co Pan tu dziś robi?
- Czekam na mojego starego przyjaciela A.T.
- Jest gościem honorowym tego spotkania. Pracuję w firmie, która zaprosiła go dziś na specjalny odczyt. Może Pan wejdzie na salę?
- O nie, wolałbym poczekać i się osobiście przywitać.

I tak sobie czekaliśmy razem miło gawędząc. A na koniec rozmowy K. poprosił mnie o adres, obiecując przysłanie swojej książki z dedykacją. Jego 'brulion' pełen był bazgrołów zapisanych bez ładu i składu. Od razu pomyślałam, że niemożliwością jest odnaleźć się w tym chaosie notatek. Jednakże chyba on potrafił to odszyfrować, bo za trzy tygodnie dostałam listem poleconym książkę z dedykacją. Niestety miesiąc później autor już nie żył.