Pisałam kiedyś na blogu o koledze spracy o ksywie MaK. Ostatnio przypomniała mi się śmieszna anegdota z jego udziałem.
Otóż kiedyś jechaliśmy pociągiem Intercity do Poznania na jedną z konferencji.
Każdy ma ze sobą rzeczy, za które jest odpowiedzialny. Ja trzymam pieczę nad strojami dla lachonów (hostess), koleżanka pilnuje dokumentów i biletow, a MaK pilnuje laptopa.
Wsiadamy do pociągu MaK od razu ładuje lapsa na górną półkę. Stacja Poznań-Główny robimy wysiadkę.
Ogarniam wzrokiem czy wszystko jest. Ja swój stuff mam, koleżanka papiery dzierży w dłoni, a obok nas idzie uśmiechnięty kolega, który NIE TRZYMA w ręku laptopa.
- Gdzie komputer? - pytam spanikowanym głosem
- Jak to gdzie? Ty masz!- odpowiada zadowolony kolega
- Ja nie mam. Laptop to była twoja broszka!! - odpowiadam spoglądając na odjeżdżający w dali pociąg, którym jechaliśmy.
Wszystkich nas zalewa zimny pot, bo oprócz straty sprzętu, pociągiem pojechały wszystkie prezentacje na konferencję. Impreza jutro, a my zostaliśmy z niczym tj. bez najważniejszej rzeczy!
Na szczęście koleżanka jest przytomna i idziemy do informacji PKP dowiedzieć się dokąd pojechał ten pociąg. Mamy pecha. Intercity międzynarodowe - do Berlina. :(
Na szczęście udało się skontaktować z kierownikiem pociągu i namierzyć nasz sprzęt. W całym tym zamieszaniu szczęściem było to, że MaK położył sprzęt na półce, nie nad swoją głową, a nad miejscem pasażerki z naprzeciwka. Nikt tym samym lapsa nie ukradł, bo wszyscy potencjalni chętni myśleli, że to jej. A komputer po szczęśliwej podróży do Berlina i z powrotem trafił w nasze ręce.
Dwa tygodnie później garnitur MaK-a odbył podobną podróż i nie wysiadł z nami we Wrocławiu. ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hity z archeo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hity z archeo. Pokaż wszystkie posty
środa, 17 lutego 2010
czwartek, 12 listopada 2009
Jaka to klasa?
Drogie dziatwy,
Dawno dawno temu, kiedy szkoła podstawowa liczyła osiem klas, a średnia cztery, ciocia Tradycja przemierzała codziennie drogę do innego miasta w poszukiwaniu wiedzy. Droga ta pełna była pokus i różnych innych przypadków, w wyniku których tejże właśnie wiedzy nie otrzymywała. Wyjście z domu do szkoły nie zawsze oznaczało, że ciocia Tradycja dotrze na lekcje. Stały ku temu liczne przeszkody w postaci koleżanek i kolegów na stacji PKP lub innych koleżanek i kolegów na drodze między stacją PKP, a szkołą. Wszyscy oni zachęcali do obrania innej drogi. Zachęta wyglądała mniej więcej tak:
- Idziesz do szkoły?
- Idę? A co? Masz jakąś alternatywę?
- Mam. U mnie w domu nikogo nie ma.
No i do szkoły nie szłam. Zresztą nie ja jedyna. Z czasem grupa wagarowiczów stała się bardzo zwarta i wzajemnie namawiająca do złego.
Był taki rok, kiedy wiosna zaczęła się wyjątkowo wcześnie i jakoś nie było mi po drodze do szkoły. Taki stan utrzymywał się przez trzy tygodnie. Siedzenie w parku, bądź oglądanie filmów u kolegi na chacie wydawało sie znacznie bardziej atrakcyjnie niż pisanie zadań z rachunkowości. Kiedy jednak wychowawca ogłosił, że za tydzień odbędzie się wywiadówka to jakoś od razu nabrałam chęci do chodzenia na lekcje i nadrobienia wszelkich zaległości.
Nadszedł sądny dzień. Wiedziałam, że będzie kiepsko i mimo dobrych ocen w dzienniku, moje nieobecności sprawią, że będę miała wyjątkowo przejebane. Siedzę sobie zatem cichutko w pokoju i czekam na informację jak to ze mną chujowo i że teraz to już pewnie nie wyjdę na żadną imprezę. Ojciec wrócił, ale jakoś dziwnie cicho - nie wołają mnie, nie wrzeszczą, żadnego "olaboga' i tym podobnych. No to skradam się pod drzwi rodziców i słyszę taki oto dialog pomiędzy matką, a ojcem:
M.: - No i jak? Dobrze się uczy?
O.: - Bardzo dobrze.
M.: - A zachowanie dobre?
O.: - Wychowawca się nie skarżył.
M.: - A na wagary nie chodzi?
(tu adrenalina wyrywa mi serce z klatki)
O.: - Nie
Myślę sobie "łotdefak?!" Rozmowa się skończyła.
Za godzinę przychodzi do mnie przyczajony ojciec i mówi tak:
- Ty! Do jakiej ty klasy chodzisz, bo nie trafiłem?!
Dawno dawno temu, kiedy szkoła podstawowa liczyła osiem klas, a średnia cztery, ciocia Tradycja przemierzała codziennie drogę do innego miasta w poszukiwaniu wiedzy. Droga ta pełna była pokus i różnych innych przypadków, w wyniku których tejże właśnie wiedzy nie otrzymywała. Wyjście z domu do szkoły nie zawsze oznaczało, że ciocia Tradycja dotrze na lekcje. Stały ku temu liczne przeszkody w postaci koleżanek i kolegów na stacji PKP lub innych koleżanek i kolegów na drodze między stacją PKP, a szkołą. Wszyscy oni zachęcali do obrania innej drogi. Zachęta wyglądała mniej więcej tak:
- Idziesz do szkoły?
- Idę? A co? Masz jakąś alternatywę?
- Mam. U mnie w domu nikogo nie ma.
No i do szkoły nie szłam. Zresztą nie ja jedyna. Z czasem grupa wagarowiczów stała się bardzo zwarta i wzajemnie namawiająca do złego.
Był taki rok, kiedy wiosna zaczęła się wyjątkowo wcześnie i jakoś nie było mi po drodze do szkoły. Taki stan utrzymywał się przez trzy tygodnie. Siedzenie w parku, bądź oglądanie filmów u kolegi na chacie wydawało sie znacznie bardziej atrakcyjnie niż pisanie zadań z rachunkowości. Kiedy jednak wychowawca ogłosił, że za tydzień odbędzie się wywiadówka to jakoś od razu nabrałam chęci do chodzenia na lekcje i nadrobienia wszelkich zaległości.
Nadszedł sądny dzień. Wiedziałam, że będzie kiepsko i mimo dobrych ocen w dzienniku, moje nieobecności sprawią, że będę miała wyjątkowo przejebane. Siedzę sobie zatem cichutko w pokoju i czekam na informację jak to ze mną chujowo i że teraz to już pewnie nie wyjdę na żadną imprezę. Ojciec wrócił, ale jakoś dziwnie cicho - nie wołają mnie, nie wrzeszczą, żadnego "olaboga' i tym podobnych. No to skradam się pod drzwi rodziców i słyszę taki oto dialog pomiędzy matką, a ojcem:
M.: - No i jak? Dobrze się uczy?
O.: - Bardzo dobrze.
M.: - A zachowanie dobre?
O.: - Wychowawca się nie skarżył.
M.: - A na wagary nie chodzi?
(tu adrenalina wyrywa mi serce z klatki)
O.: - Nie
Myślę sobie "łotdefak?!" Rozmowa się skończyła.
Za godzinę przychodzi do mnie przyczajony ojciec i mówi tak:
- Ty! Do jakiej ty klasy chodzisz, bo nie trafiłem?!
piątek, 6 listopada 2009
Wychodne
Wracając do starych czasów kiedy to współpracowałam z J. - jakby ktoś nie wiedział o co chodzi to więcej info znajduje się tu.
J. miała zwyczaj zarzynać fizycznie i psychicznie swoich pracowników. Tzn. coś musiało być zrobione i tyle! Inaczej można było się nastawić na publiczne szykany z jej strony. Inni pracownicy też narzekali, ale nikt z tym nic nie zrobił. Bo przecież można zaskarżyć o mobbing, ale wtedy cierpi głównie pracodawca, a nie konkretna osoba.
Nie interesowało jej ani to, że zorganizowanie imprezy na 500 osób to praca dla większej ilości pracowników, aniżeli trzech; ani tez to, że potrzeba na to czasu (przynajmniej tydzień). Grafik pracowników był tak wypełniony, że trzeba było organizować jedną imprezę za drugą przy tym samym nakładzie osobowym. Doszło do tego, że przy jednej z imprez byliśmy 50 godzin non-stop w pracy. Oczywiście bez jakichkolwiek gratyfikacji. Ciepłego słowa też człowieku nie uwidziałeś. Za to na drugi dzień dostaliśmy opierdol, że jacyś tacy jesteśmy nieprzytomni!
Był to czas, kiedy już na stałe nosiłam przy sobie pismo z wypowiedzeniem. Któregoś dnia postanowiłam, że koniec tego dobrego i dłużej nie zniosę tej męczarni. Mówię do mojej koleżanki (tej która obecnie jest moim menago):
Ja: - Idę złozyć wypowiedzenie! Mam tego serdecznie dosyć!
Koleżanka: - Nie rób tego, ona za chwilę planuje stąd odejść i wtedy będziesz żałowała.
Ja: - Ale ja już dłużej nie zniosę takiego traktowania i zastraszania.
Koleżanka: - Poczekaj jeszcze miesiąc. Jak się nic nie zmieni to wtedy złożysz wymówienie.
Koleżanka miała rację.
Miesiąc później wracamy z konferencji a tam wiadomość na skrzynkach e-mailowych od J. "Z dniem dzisiejszym złożyłam wypowiedzenie. Niestety nie pożegnam się z wami, gdyż macie dziś wychodne".
To wychodne to mi najbardziej przypadło do gustu!
Czas pokazał swe ironiczne oblicze - koleżanka awansowała potem na menago i przejęła od J. styl zarządzania.
J. miała zwyczaj zarzynać fizycznie i psychicznie swoich pracowników. Tzn. coś musiało być zrobione i tyle! Inaczej można było się nastawić na publiczne szykany z jej strony. Inni pracownicy też narzekali, ale nikt z tym nic nie zrobił. Bo przecież można zaskarżyć o mobbing, ale wtedy cierpi głównie pracodawca, a nie konkretna osoba.
Nie interesowało jej ani to, że zorganizowanie imprezy na 500 osób to praca dla większej ilości pracowników, aniżeli trzech; ani tez to, że potrzeba na to czasu (przynajmniej tydzień). Grafik pracowników był tak wypełniony, że trzeba było organizować jedną imprezę za drugą przy tym samym nakładzie osobowym. Doszło do tego, że przy jednej z imprez byliśmy 50 godzin non-stop w pracy. Oczywiście bez jakichkolwiek gratyfikacji. Ciepłego słowa też człowieku nie uwidziałeś. Za to na drugi dzień dostaliśmy opierdol, że jacyś tacy jesteśmy nieprzytomni!
Był to czas, kiedy już na stałe nosiłam przy sobie pismo z wypowiedzeniem. Któregoś dnia postanowiłam, że koniec tego dobrego i dłużej nie zniosę tej męczarni. Mówię do mojej koleżanki (tej która obecnie jest moim menago):
Ja: - Idę złozyć wypowiedzenie! Mam tego serdecznie dosyć!
Koleżanka: - Nie rób tego, ona za chwilę planuje stąd odejść i wtedy będziesz żałowała.
Ja: - Ale ja już dłużej nie zniosę takiego traktowania i zastraszania.
Koleżanka: - Poczekaj jeszcze miesiąc. Jak się nic nie zmieni to wtedy złożysz wymówienie.
Koleżanka miała rację.
Miesiąc później wracamy z konferencji a tam wiadomość na skrzynkach e-mailowych od J. "Z dniem dzisiejszym złożyłam wypowiedzenie. Niestety nie pożegnam się z wami, gdyż macie dziś wychodne".
To wychodne to mi najbardziej przypadło do gustu!
Czas pokazał swe ironiczne oblicze - koleżanka awansowała potem na menago i przejęła od J. styl zarządzania.
poniedziałek, 26 października 2009
Scenariusze sci-fi
Dziś z cyklu "Hity z archeo" zapraszam do przeczytania historii o Mak-u.
Mak pracował ze mną przez ponad trzy lata i spokojnie mógłby być narratorem w cyklu filmów "opowieści niesamowite". Oczywiście zanim go dobrze poznałam, to do głowy mi nie przyszło, że Mak może być autorem "Twilight Zone" czy innej serii "Po tamtej stronie" - notabene są to fajne seriale sf. No bo czy facet w wieku 30-40 lat, który ma żonę i dwójkę dzieci byłby w stanie opowiadać takie dyrdymały?
Zaczęło się łagodnie. Od opowiadań o podbojach miłosnych. Ciężko było w to uwierzyć biorąc pod uwagę aparycję jegomościa (postura misia uszatka, wyraz twarzy a'la Dexter, ale nie ten kryminalny tylko ten z Laboratorium Dextera i elipsoidalna głowa jak u Lolka). No ale cóż, być może jakaś pani uległa czarowi Mak-a. Pomysłałam sobie, czemu miałabym facetowi nie wierzyć? Może rzeczywiście ma jakiś urok i działa na niektóre kobiety?
Potem historie zaczynały nabierać rumieńców, aż osiągnęly status absurdu. A oto przykłady:
#1
Mak w młodości miał całe ciało pokryte tatuażami, ale miał problem ze znalezieniem pracy, więc pojechał do Niemiec, gdzie wszystkie zostały usunięte przy pomocy zabiegów laserowych. Dziś nie ma po nich nawet pojedynczej blizny.
#2
Latał kiedyś we Francji na paralotni, ale zawadził o druty wysokiego napięcia i uległ poważnemu wypadkowi. Przez tę kontuzję spędził w tamtejszych szpitalach 3 lata, ale też dzięki temu uzyskał obywatelstwo.
#3
Wychowywał się niedaleko Wrocławia, a jego rodzina mieszka tam od pokoleń. Po zakończeniu wojny uciekajacy Niemcy pozostawili po sobie wiele cennych zdobyczy w tym klucz do bursztynowej komnaty... Zgadnijcie kto go ma?
#4
Gdy w pokoju żywo dyskutowaliśmy o rasach psów i ich właściwościach, to okazało się, że nikt inny jak tylko Mak jest w aktywnym działaczem w związku kynologicznym. ;D
Historii było znacznie więcej i szkoda miejsca, aby wszystkie przytaczać, dodam jedynie, iż w pewnym momencie zwróciłam koledze uwagę, że nie ma doczynienia z kompletnymi idiotami i że opowiadanie tych wszystkich historii obraża mój intelekt. Nie zrozumiał przesłania i dalej opowiadał te swoje dyrdymały, a ja kilka innych osób mamy co wspominać.
Czy ktoś mi może wyjaśnić czemu niektórzy ludzie robią to sobie i innym?
Mak pracował ze mną przez ponad trzy lata i spokojnie mógłby być narratorem w cyklu filmów "opowieści niesamowite". Oczywiście zanim go dobrze poznałam, to do głowy mi nie przyszło, że Mak może być autorem "Twilight Zone" czy innej serii "Po tamtej stronie" - notabene są to fajne seriale sf. No bo czy facet w wieku 30-40 lat, który ma żonę i dwójkę dzieci byłby w stanie opowiadać takie dyrdymały?
Zaczęło się łagodnie. Od opowiadań o podbojach miłosnych. Ciężko było w to uwierzyć biorąc pod uwagę aparycję jegomościa (postura misia uszatka, wyraz twarzy a'la Dexter, ale nie ten kryminalny tylko ten z Laboratorium Dextera i elipsoidalna głowa jak u Lolka). No ale cóż, być może jakaś pani uległa czarowi Mak-a. Pomysłałam sobie, czemu miałabym facetowi nie wierzyć? Może rzeczywiście ma jakiś urok i działa na niektóre kobiety?
Potem historie zaczynały nabierać rumieńców, aż osiągnęly status absurdu. A oto przykłady:
#1
Mak w młodości miał całe ciało pokryte tatuażami, ale miał problem ze znalezieniem pracy, więc pojechał do Niemiec, gdzie wszystkie zostały usunięte przy pomocy zabiegów laserowych. Dziś nie ma po nich nawet pojedynczej blizny.
#2
Latał kiedyś we Francji na paralotni, ale zawadził o druty wysokiego napięcia i uległ poważnemu wypadkowi. Przez tę kontuzję spędził w tamtejszych szpitalach 3 lata, ale też dzięki temu uzyskał obywatelstwo.
#3
Wychowywał się niedaleko Wrocławia, a jego rodzina mieszka tam od pokoleń. Po zakończeniu wojny uciekajacy Niemcy pozostawili po sobie wiele cennych zdobyczy w tym klucz do bursztynowej komnaty... Zgadnijcie kto go ma?
#4
Gdy w pokoju żywo dyskutowaliśmy o rasach psów i ich właściwościach, to okazało się, że nikt inny jak tylko Mak jest w aktywnym działaczem w związku kynologicznym. ;D
Historii było znacznie więcej i szkoda miejsca, aby wszystkie przytaczać, dodam jedynie, iż w pewnym momencie zwróciłam koledze uwagę, że nie ma doczynienia z kompletnymi idiotami i że opowiadanie tych wszystkich historii obraża mój intelekt. Nie zrozumiał przesłania i dalej opowiadał te swoje dyrdymały, a ja kilka innych osób mamy co wspominać.
Czy ktoś mi może wyjaśnić czemu niektórzy ludzie robią to sobie i innym?
czwartek, 15 października 2009
Względność zakresu obowiązków
Dziś będzie historia z przeszłości. Pewnie ją podzielę na kilka części, bo jest co opowiadać.
A więc... kilka ładnych lat temu pracowałam w pewnym, wówczas jeszcze dobrze prosperującym wydawnictwie. Praca była fajna, ludzie super - tylko dochody na słabym poziomie. Zaczęłam więc oglądać się za inną robotą.
I tak trafiłam pod skrzydła J. z którą miałam okazję kiedyś współpracować i całkiem dobrze nam wtedy szło. Była mną zachwycona i w kółko słyszałam "ochy i achy" pod moim adresem. Nie powiem, żeby to nie łechtało mojej próżności ;)
Tak więc zaczynam pracę w nowym miejscu i widzę, że J. nie może tu żyć bez swojej koleżanki O. (którą też znam z poprzedniego miejsca pracy) i każdą decyzję z nią konsultuje. Oczywiscie O. w związku z tym traktuje wszystkich pracowników J. jak swoich i wydaje im różne polecenia. Ich słuszność często daleka jest od zdrowego rozsądku. W końcu po miesiącu czy nawet dwóch przyszedł czas na mnie. O. wysyła mi maila, że mam jej przygotować jakieś tam prezentacje i to PILNIE. No to ja jej grzecznie odpisuję, że wprawdzie zajmowałam się tym kiedyś (w poprzedniej pracy), ale w tej mam już nowy, inny zakres obowiązków. I oczywiście jak będzie taka potrzeba to jej pomogę, jednakże w chwili obecnej jestem zajęta moimi podstawowymi obowiązkami.
Za 5 min. e-mail od O.:
"Nie interesuje mnie, że jesteś zajęta. Jeżeli ja Cię o coś proszę to masz to wykonać!"
Moja odpowiedź:
"Bardzo mi przykro, ale dziś Ci nie pomogę. Będę potem miała kłopoty, bo mam do zrobienia wiele rzeczy, za które będę rozliczana."
Wydaje mi się, że O. robi próbę sił, na ile może mi wejść na łeb. Ma pracowników swojego działu, którzy powinni się tym zajmować. Sugeruje jej zatem, że lepiej będzie jak któryś z jej pracowników się tym zajmie. Wydaje mi się, że zrobią to z lepszym efektem.
Niestety J. jest nieobecna w biurze i nie mam jak się skonsultować co robić.
Po dwóch godzinach J. wraca do biura i od razu wzywa mnie do swojego gabinetu razem z inną koleżanką z pokoju. Jestem uradowana, bo pewnie będzie chciała wyznaczyć jasno, kto ma jakie obowiązki w tym dziale. Przemówienie jest skierowane tylko do mnie, więc pewnie ta druga osoba jest zaproszona jako publika.
J.: - Widziałam twoją korespondencję z O. i bardzo mi się nie podoba. (no cóż ja sądzę tak samo) W ogóle to jesteśmy z ciebie bardzo niezadowolone. (my to znaczy kto? ja król, czy kto?!).
Masz bezwzględnie wykonywać polecenia O.
Ja: - Czy to znaczy, że mam przejmować obowiązki działu handlowego? A co z moimi podstawowymi obowiązkami ? Jeżeli mam coś "swojego" do zrobienia, to jaka jest kolejność wykonywania czynności? Co ma być priorytetem?
J.: - Nie zadawaj głupich pytań!
Ja: - Wolałabym po prostu wiedzieć co jest najważniejsze. Potem może się okazać, że czegoś nie dopilnowałam.
J.: - Tak jak już powiedziałam, jesteśmy z ciebie bardzo niezadowolone!
(W środku zaczynam się gotować i jest mi wstyd przed koleżanką, która, już teraz jestem tego pewna, została zaproszona jako publika na ten pokaz)
Ja: - To jak to się ma do tego, że nie dalej jak 3 dni temu mówiłaś, że jesteś bardzo zadowolona z efektów mojej pracy? Mówiłaś jeszcze, że projekt, który prowadziłam samodzielnie wyszedł na piątkę...
J. : - Pomyliłam się!
(W tym momencie zaczynają mi drżeć stopy i ręce)
Ja: - Skoro tak... to jest proste wyjście z tej sytuacji. Po prostu zwolnij mnie. Nie będziemy się obydwie męczyć.
J.: - Ty mi nie będziesz mówić, co mam robić!
I tak zaczął się mój koszmar, który trwał blisko 2 lata.
A więc... kilka ładnych lat temu pracowałam w pewnym, wówczas jeszcze dobrze prosperującym wydawnictwie. Praca była fajna, ludzie super - tylko dochody na słabym poziomie. Zaczęłam więc oglądać się za inną robotą.
I tak trafiłam pod skrzydła J. z którą miałam okazję kiedyś współpracować i całkiem dobrze nam wtedy szło. Była mną zachwycona i w kółko słyszałam "ochy i achy" pod moim adresem. Nie powiem, żeby to nie łechtało mojej próżności ;)
Tak więc zaczynam pracę w nowym miejscu i widzę, że J. nie może tu żyć bez swojej koleżanki O. (którą też znam z poprzedniego miejsca pracy) i każdą decyzję z nią konsultuje. Oczywiscie O. w związku z tym traktuje wszystkich pracowników J. jak swoich i wydaje im różne polecenia. Ich słuszność często daleka jest od zdrowego rozsądku. W końcu po miesiącu czy nawet dwóch przyszedł czas na mnie. O. wysyła mi maila, że mam jej przygotować jakieś tam prezentacje i to PILNIE. No to ja jej grzecznie odpisuję, że wprawdzie zajmowałam się tym kiedyś (w poprzedniej pracy), ale w tej mam już nowy, inny zakres obowiązków. I oczywiście jak będzie taka potrzeba to jej pomogę, jednakże w chwili obecnej jestem zajęta moimi podstawowymi obowiązkami.
Za 5 min. e-mail od O.:
"Nie interesuje mnie, że jesteś zajęta. Jeżeli ja Cię o coś proszę to masz to wykonać!"
Moja odpowiedź:
"Bardzo mi przykro, ale dziś Ci nie pomogę. Będę potem miała kłopoty, bo mam do zrobienia wiele rzeczy, za które będę rozliczana."
Wydaje mi się, że O. robi próbę sił, na ile może mi wejść na łeb. Ma pracowników swojego działu, którzy powinni się tym zajmować. Sugeruje jej zatem, że lepiej będzie jak któryś z jej pracowników się tym zajmie. Wydaje mi się, że zrobią to z lepszym efektem.
Niestety J. jest nieobecna w biurze i nie mam jak się skonsultować co robić.
Po dwóch godzinach J. wraca do biura i od razu wzywa mnie do swojego gabinetu razem z inną koleżanką z pokoju. Jestem uradowana, bo pewnie będzie chciała wyznaczyć jasno, kto ma jakie obowiązki w tym dziale. Przemówienie jest skierowane tylko do mnie, więc pewnie ta druga osoba jest zaproszona jako publika.
J.: - Widziałam twoją korespondencję z O. i bardzo mi się nie podoba. (no cóż ja sądzę tak samo) W ogóle to jesteśmy z ciebie bardzo niezadowolone. (my to znaczy kto? ja król, czy kto?!).
Masz bezwzględnie wykonywać polecenia O.
Ja: - Czy to znaczy, że mam przejmować obowiązki działu handlowego? A co z moimi podstawowymi obowiązkami ? Jeżeli mam coś "swojego" do zrobienia, to jaka jest kolejność wykonywania czynności? Co ma być priorytetem?
J.: - Nie zadawaj głupich pytań!
Ja: - Wolałabym po prostu wiedzieć co jest najważniejsze. Potem może się okazać, że czegoś nie dopilnowałam.
J.: - Tak jak już powiedziałam, jesteśmy z ciebie bardzo niezadowolone!
(W środku zaczynam się gotować i jest mi wstyd przed koleżanką, która, już teraz jestem tego pewna, została zaproszona jako publika na ten pokaz)
Ja: - To jak to się ma do tego, że nie dalej jak 3 dni temu mówiłaś, że jesteś bardzo zadowolona z efektów mojej pracy? Mówiłaś jeszcze, że projekt, który prowadziłam samodzielnie wyszedł na piątkę...
J. : - Pomyliłam się!
(W tym momencie zaczynają mi drżeć stopy i ręce)
Ja: - Skoro tak... to jest proste wyjście z tej sytuacji. Po prostu zwolnij mnie. Nie będziemy się obydwie męczyć.
J.: - Ty mi nie będziesz mówić, co mam robić!
I tak zaczął się mój koszmar, który trwał blisko 2 lata.
środa, 9 września 2009
Po rosyjsku, czyli nie cyrylicą
Do panteonu gwiazd menedżerskich należy koniecznie zaliczyć jedną z moich szefowych (jakies miałam takie szczęscie do bab na kierowniczych stanowiskach), która to nie grzeszyła bystroscią umysłu.
Bardzo szybko zorientowalismy się, że nie będzie ona naszym autorytetem. Hitem było jej wystąpienie podczas spotkania z klientem, kiedy to omawialismy pomysły na nowe eventy z udziałem prominentów ze wschodu. Zastanawialismy się wówczas w jakim języku przygotować materiały promocyjne. Propozycje były trzy:
- po polsku (impreza w polszy)
- po angielsku (impreza międzynarodowa)
- po rosyjsku (goscie z Ukrainy i Rosji)
Po półgodzinnej burzy mózgów ustalilismy, że wszystko będzie po polsku. Klient nie był chętny, ale udało się przeforsować mysl, że w końcu to w naszym kraju odbywa się spotkanie więc porzadek musi być. Dodatkowo stwierdzilismy, że drugi komplet będzie w jęz. angielskim, a te ruskie sobie darujemy. W końcu to nie przyjeżdżają jakies jełopy, tylko goscie co i po angielsku potrafią gadać.
Osoby występujące (ja, BM - czyli brilliant mind szefowa, K - klient)
Ja: - Czyli zostajemy przy wersji polsko - angielskiej
K: - Tak będzie najlepiej
Ja: - Proponuję nie robić oddzielnych ulotek z inglisz i polisz verszyn, tylko jedną książeczkę i np. po lewej wersja polisz, a po prawej inglisz
K: - Wolałbym oddzielnie, wtedy można którejs wydrukować i zaoszczędzić
BM: - Racja
Ja: - Rozumiem, że rezygnujemy defininitywnie z tych po rosyjsku?
BM - Nie po rosyjsku tylko cyrylicą
Ja: - (półgębkiem) tak, tak
BM: - NIE po rosyjsku tyko cyrylicą
Ja: - (uspokajającym tonem) tak, zgadza się
Klienci zaczynają się dziwnie sobie przyglądać
BM: - NIE PO ROSYJSKU TYLKO CYRYLICĄ
Ja: - Zgadza się, cyrylicą nie drukujemy :)
I teraz pytanie. Czy po rosyjsku i cyrylicą to nie to samo?
Bardzo szybko zorientowalismy się, że nie będzie ona naszym autorytetem. Hitem było jej wystąpienie podczas spotkania z klientem, kiedy to omawialismy pomysły na nowe eventy z udziałem prominentów ze wschodu. Zastanawialismy się wówczas w jakim języku przygotować materiały promocyjne. Propozycje były trzy:
- po polsku (impreza w polszy)
- po angielsku (impreza międzynarodowa)
- po rosyjsku (goscie z Ukrainy i Rosji)
Po półgodzinnej burzy mózgów ustalilismy, że wszystko będzie po polsku. Klient nie był chętny, ale udało się przeforsować mysl, że w końcu to w naszym kraju odbywa się spotkanie więc porzadek musi być. Dodatkowo stwierdzilismy, że drugi komplet będzie w jęz. angielskim, a te ruskie sobie darujemy. W końcu to nie przyjeżdżają jakies jełopy, tylko goscie co i po angielsku potrafią gadać.
Osoby występujące (ja, BM - czyli brilliant mind szefowa, K - klient)
Ja: - Czyli zostajemy przy wersji polsko - angielskiej
K: - Tak będzie najlepiej
Ja: - Proponuję nie robić oddzielnych ulotek z inglisz i polisz verszyn, tylko jedną książeczkę i np. po lewej wersja polisz, a po prawej inglisz
K: - Wolałbym oddzielnie, wtedy można którejs wydrukować i zaoszczędzić
BM: - Racja
Ja: - Rozumiem, że rezygnujemy defininitywnie z tych po rosyjsku?
BM - Nie po rosyjsku tylko cyrylicą
Ja: - (półgębkiem) tak, tak
BM: - NIE po rosyjsku tyko cyrylicą
Ja: - (uspokajającym tonem) tak, zgadza się
Klienci zaczynają się dziwnie sobie przyglądać
BM: - NIE PO ROSYJSKU TYLKO CYRYLICĄ
Ja: - Zgadza się, cyrylicą nie drukujemy :)
I teraz pytanie. Czy po rosyjsku i cyrylicą to nie to samo?
Subskrybuj:
Posty (Atom)